12 Grzechów podróżniczych – czego nie robić na wyjeździe cz. 2

Drodzy turyści, podróżniczy, ekslporatorzy Świata, dzisiaj zapraszamy Was na drugą część naszego wpisu, o grzechach podróżników. Kolejna porcja „atrakcji”, których nie warto robić, ponieważ są one nieetyczne i nie mają nic wspólnego ze świadomym podróżowaniem. Podobnie jak wcześniej przedstawiamy Wam alternatywy, które można zrobić zamiast kontrowersyjnych atrakcji.

Zanim przejdziemy do drugiej części chcielibyśmy Wam podziękować za całą masę komentarzy, którą wywołała część pierwsza. Dało nam to jeszcze większego kopa i potwierdziło, że zestawienie grzeszków naprawdę ma sens! Jeśli nie widzieliście jeszcze 1 części Grzechów Podródżniczych to zapraszamy.

Grzech #7 Pływanie z Delfinami

Dominika i Jarek z szalonewalizki.pl

Miejsce: Dominikana
Podróżnik: Dorota i Jarek Kowalscy

Jedne z najmądrzejszych i ukochanych przez ludzi ssaków morskich. Jak tu odmówić sobie zobaczenia ich z bliska, a jeszcze lepiej popływania z nimi. Nasz grzeszek będziemy pamiętać zawsze ku przestrodze. Dawno, dawno temu w czasach gdy Jarek zaczynał nurkować i lubiliśmy wszystko co związane z wodą wpadliśmy na pomysł by odwiedzić Wyspę Delfinów koło Punta Cana na Dominikanie. Wtedy byliśmy szczęśliwi, że możemy zobaczyć wyskakujące z wody delfinów i zbliżyć się do nich.

wyzysk delfinów

Gdzie leży problem?

Dziś biegnąc myślami wstecz czujemy zażenowanie, że daliśmy się namówić na turystyczną atrakcję, w której delfiny trzymane są w klatkach, by ludzie mogli zrobić sobie kilka fotek a właściciele Wyspy zarobić cash.

W 2017 roku na Filipinach byliśmy świadkami jeszcze gorszej sytuacji, która niestety działa się bez naszego przyzwolenia. Zwykła przejażdżka łódkami po morzu w poszukiwaniu delfinów okazała zapędzaniem delfinów w grupę tak by zrobić przyjemność turystom na łódkach. Zdaliśmy sobie z tego sprawę w momencie gdy zobaczyliśmy co się dzieje na wodzie. Praktyki fatalne podobnie jak nęcenie rekinów wielorybich w Oslob na Cebu.

Co możesz zrobić? Alternatywa

Zachęcamy do odwiedzenia szpitala dla delfinów w Clearwater na Florydzie. Niby atrakcja turystyczna ale jest to autentyczne miejsce, gdzie chore i ranne delfiny wracają do zdrowia. Są tu również delfiny osierocone przed pierwszym rokiem życia, które nie poradziłyby sobie same w środowisku naturalnym. Więcej o przygodach Szalonych Walizek, przeczytasz na ich blogu: https://www.szalonewalizki.pl/

Grzech #8 Jazda na słoniu

Ola z bloga travelovelove.pl

Miejsce: Azja Południowo-Wschodnia
Podróżnik: Aleksandra Gajewska

PRZEJAŻDŻKA na słoniu czy selfie ze słoniątkiem na łańcuchu to nie atrakcja i powód do uśmiechu. Niestety w wielu krajach Azji Południowo-Wschodniej takich jak Tajlandia czy Kambodża, “atrakcje” z wykorzystaniem słoni są jedną z najpopularniejszych rozrywek oferowanych turystom. Za niewielką dla turysty kwotę “opiekunowie” słonia oferują kilkunastominutową przejażdżkę na grzbiecie zwierzęcia lub “urocze” zdjęcie z małym, przestraszonym słoniątkiem na łańcuchu.
Azja Południowo Wschodnia nieodłącznie kojarzy się ze słoniami, dlatego wielu nieświadomych turystów korzysta z takich przejażdżek nie wiedząc nawet jaką krzywdę wyrządza zwierzęciu.

Gdzie leży problem:

Za wyszkolonym słoniem robiącym sztuczki czy malującym trąbą obrazy kryje się potworna tortura i bestialstwo ludzi. W imię pieniądza i chęci zarobienia oprawcy torturują małe słonie bijąc je po najbardziej wrażliwych częściach ciała – trąbie, głowie, uszach. Słoniki trzymane są w małych klatkach lub skrzyniach gdzie mają ograniczone możliwości ruchu. Do tego są głodzone i nie mają dostępu do wody.

Dopóki walczą i nie rezygnują z walki o wolność, dopóty oprawcy je “oswajają”. Kiedy słonik się podda, przestanie stawiać opór i złamana zostanie jego dusza, wtedy pojawia się “wybawca” czyli jego przyszły opiekun. Wybawcą jest tak naprawdę kolejny oprawca, który na słoniu będzie zarabiał.

Przejażdżki z ciężkim metalowym koszem na plecach i uśmiechniętymi turystami są istną torturą dla zwierzęcia. Jego kręgosłup nie jest przystosowany do dźwigania ciężarów. Tym samym nadwyrężone zostają jego stawy. Zwierzę cierpi ale nie może się sprzeciwiać. W przeciwnym wypadku zostanie skarcone metalowym hakiem.

Słonie coraz częściej wykupywane są przez ośrodki ratowania słoni czyli tak zwane sanktuaria. Niestety nie każde sanktuarium pełni odpowiednio swoją rolę. Niektóre z nich pomimo deklaracji pomocy tym zwierzętom wciąż praktykują przejażdżki na słoniach czy pokazy malowania obrazów. Praktykowane są także kąpiele z ludźmi do czego słonie są zmuszane a w razie niechęci zaganiane do basenu.

Co możesz zrobić? Alternatywa:

Jeśli masz w planie wizytę w takim ośrodku, zrób dobry research. Warto wybrać ośrodek który faktycznie dba o zwierzęta, a nie rzuca słów na wiatr i zarabia tym samym na takich atrakcjach. Najlepszymi opiniami jak dotąd cieszy się sanktuarium słoni w Chiang Mai w Tajlandii – Elephant Nature Park. Słonie nie są tam do niczego zmuszane i nic nie robią pod publikę. Nie praktykuje się także wspólnych kąpieli z ludźmi. Potwierdzają to relacje osób, które odwiedziły sanktuarium w 2019 roku.

“Atrakcji” z wykorzystaniem zwierząt w Azji Południowo-Wschodniej jest wiele. Niestety dopóki my turyści nie zaprzestaniemy korzystania z takich “rozrywek” to się nie skończy. Dla lokalnych ludzi jest to czysty pieniądz i dobrze prosperujący biznes, los zwierząt jest im obojętny.

Więcej w temacie nieetycznej atrakcji – jazdy na słoniu – przeczytacie na blogu Oli – Travelovelove.

Grzech #9 Latanie dronem – w zakazanych miejscach

Asia z bloga jmatejko.com

Miejsce: Cały Świat
Podróżnik: Asia Matejko

Temat bardzo popularny w ostatnich latach, ze względu na to, że drony są coraz dostępniejsze, coraz tańsze, a dobre zdjęcia i nagrania z podróży coraz bardziej pożądane. Doskonale wiemy, że takie materiały robią wrażenie. Pamiętam jak kilka lat temu w Tajlandii nad jedną z większych świątyń buddyjskich podczas uroczystości wszyscy zadzierali głowy i zastanawiali się co to za hałas, bo pewien amerykański turysta postanowił akurat polatać. W tej chwili latanie dronem w tym kraju jest zabronione. Każdy chciałby przywieźć z wakacji wspaniałą pamiątkę, piękne zdjęcia i filmy. Zastanówmy się jednak czy nie przesadzamy i dla zdjęcia w dzisiejszych czasach nie poświęcamy zbyt wiele?

Gdzie leży problem?

Drona może kupić każdy, od ręki. Korzystanie z niego w nieodpowiedni sposób może być zagrożeniem nie tylko dla samolotów, ale też dla ludzi. Nieodpowiedzialne korzystanie z drona za granicą może wiązać się z konsekwencjami prawnymi, włączając w to karę więzienia.  

Poza możliwością łamania prawa weźmy pod uwagę poszanowanie cudzej prywatności i lokalnej kultury. Czy wypada nam latać nad świątynią mimo, że w danym kraju prawo jeszcze tego nie zakazuje? Nasze nieodpowiednie zachowanie może nie tylko zakłócać spokój, ale również być konsekwencją zaostrzania prawa i wprowadzania restrykcyjnych zakazów.

Co można zrobić?! Alternatywa

Najważniejsze w przypadku latania dronem jest dobre rozeznanie w kwestiach prawnych przed podróżą do danego kraju i to za każdym razem. To, że nawet rok wcześniej można było gdzieś latać, nie oznacza, że prawo się nie zmieniło, dlatego bądźmy na bieżąco. Oprócz tego zastanówmy się, czy na pewno nie naruszamy czyjejś prywatności, a latanie na danym terenie nie będzie wiązało się z zakłócaniem spokoju.

Poznaj historie Asi z podróży na blogu jmatejko.

#Grzech 10 Nieposzanowanie lokalnej kultury i tradycji

Miejsce: Uluru, Australia
Podróżnik: Bober i Żartex

Aborygeni mieszkający w Australii przybyli na najmniejszy kontynet Świata według różnych źródeł od 40.000 do 125.000 lat temu! Dzisiaj chcielibyśmy Wam przybliżyć co ich spotyka w Australii. Prawda jest taka, że Europejscy kolonizatorzy zazwyczaj byli bezwzględni, wobec podbijanych terytoriów, jednak dzisiaj więcej o Australii.

Historia Aborygenów w kontakcie z europejską kolonizującą ludnością jest dosyć długa i ma swoje blaski i cienie, jednak finał historii jest taki, że Aborygeni dopiero 60 lat temu zostali wykreśleni z księgi fauny i flory Australii i dopiero od tamtego momentu uzyskali m.in. prawo do głosowania. Przenieśmy się na Uluru, świętą skałę Aborygenów.  W 1984 roku rząd Australijski był „tak miły” i oddał Aborygenom ich ukochaną skałę, pod warunkiem możliwości dzierżawienia jej na okres 99 lat. Warunek Aborygenów był jeden – „nie wchodźcie na nasze święte miejsce”.

Gdzie leży problem?

W 1964 roku zainstalowano poręcz z łańcuchem i można wejść na szczyt świętej skały Aborygenów. Przed samym miejscem wejścia jest ustawiona tablica, która w 6 językach informuje o tym, że jest to święte miejsce dla lokalnej grupy etnicznej, która prosi (wręcz błaga) o nie wspinanie się na górę.

Jednak ogromna część turystów nic sobie z tego nie robi tylko rozpoczyna kilkudziesięciominutowy marsz na sam szczyt skały. Turystom nie przeszkadza nawet to, że 36 osób zginęło wchodząc na czerwony monolit. Dla Aborygenów dotykanie skały jest elementem praktycznie świętym, a wejście na jej szczyt jest związane z wejściem w dorosłe życie.

Uluru można również obejść dookoła, jest to około 10 km spacer, w trakcie, którego przez długi okres czasu nie będzie mogli robi zdjęć, dlaczego? Anangu czyli lokalne plemię prosi o nie rozpowszechnianie ważnych dla nich fragmentów skały, by osoby nieuprawnione nie wypaczały historii, która jest zaklęta w kamieniu.

Co możesz zrobić inaczej?! Alternatywa

Zachody i wschody Słońca nad Uluru naprawdę robią wrażenie, a miejsca do ich obserwacji są w strefach, w których fotografowania jest dozwolone. Obserwowanie skały zmieniającej z każdą minutą swój kolor, sprawia całkiem sporo przyjemności. Dodatkowo przez około 60% trasy dookoła jest możliwość robienia zdjęć. Jeśli macie trochę czasu wybierzcie się na skałę Kata Tjuta położoną około 30 minut godzin drogi od Uluru, nam osobiście podobała się ona nawet bardziej niż Uluru.

Podobno od października 2019 mają zdjąć łańcuchy z Uluru i całkowicie zakazać wchodzenia na monolit. Czy prawo wejdzie w życie, to się okaże.

Grzech #11 Corrida w Hiszpanii

Dawid z bloga siodmywswiecie.pl

Gonitwa byków w Pampelunie – Sanfermin czy Toro Embolado to lokalne atrakcje, gdzie cierpi zwierzę, a ludzie dobrze się bawią. Ucieczka wąskimi uliczkami przed bykami może dobrze brzmi, ale już sam efekt oglądania budzi skrajne emocje. Podobnie widok pochodni przymocowanych do rogów i brawurowa ucieczka uczestników przed płomieniami. Zabawa dla uczestników przednia, ale zwierzę po prostu skrajnie cierpi. Z jednej strony symbol byka na dobre wpisał się w kulturę tego kraju, zdobiąc przeróżne pamiątki z swoją podobizną. Drugą stronę przedstawia krwawe oblicze i katorgę na arenach do Corridy. 

Gdzie leży problem:

Zwierzęta są specjalnie hodowane oraz wykorzystywane dla potrzeb turystyki masowej. Torturowane i zabijane w przeróżnych wydarzeniach na terenie całej Hiszpanii. Stworzone by dać rozrywkę elicie oraz turystom.

Dzieci od najmłodszych lat chcą zostać toreadorem, jak ich ojcowie czy dziadkowie. Byki z biegu w Pampelunie trafiają na Corridę, po „wspaniałej” ucieczce i przedstawieniu. Nadchodzi ostatni akt, matador musi wbić szpadę w rdzeń kręgowy i prosto do serca. Piekielnie trudna sztuka, która wiąże się z dodatkowym cierpieniem zwierzęcia kiedy ostateczny cios nie jest idealny. 

Już nie wspominając o zakazanym wydarzeniu, kiedy lokalni mieszkańcy wypuszczali byka, następnie gonili go. Kto wygrywa w tym starciu? Zawsze człowiek, który pierwszy go zabije. Używając przy tym mało humanitarnych narzędzi. Zdarzają się wyjątki, kiedy byk dobrze walczy na arenie i zostaje oszczędzony, a następnie staje się reproduktorem po ostatnie swoje dni na łące. 

Co możesz zrobić? Alternatywa

Hiszpania walczy z tym problemem. Na Wyspach Kanaryjskich i w Katalonii już została zabroniona Corrida. Pewne pokolenie musi przeminąć, gdyż takie wydarzenia są bardzo głęboko zakorzenione w kulturze i tradycji Hiszpanii, a przy okazji niezły biznes na tym ludzie kręcą. Jednak będąc w Hiszpanii zachęcamy Cię do pójścia na mecz piłkarski albo zobaczenia lokalnych wydarzeń, przy których nikt nie cierpi, a w Hiszapnii jest ich pełno.

Grzech #12 Jazda bryczką

Miejsce: Polska
Podróżnik: Bober i Żartex

Niestety nie trzeba daleko jeździć, by wpaść w zasadzkę nieświadomego turysty. I na naszym podwórku znajdziemy „żenującą rozrywkę” jak np. korzystanie z usług bryczek na rynkach dużych miast czy w górach.

O temacie zakatowanych koni w Tartach powstał już niejeden reportaż, ale jak widać za mało, bo chętnych turystów na „przejażdżkę” nad Morskie Oko nie brakuje. Romantyczna przejażdżka po starówce w 40 stopniach? Czemu nie, przecież to tyko chwilka „koń musi zarabiać na siebie”.

Gdzie leży problem:

Górale najczęściej kupują 3-4-letnie konie, a minimalny wiek do prowadzenia powozów to 5 lat – dopiero wtedy taki koń jest dojrzały i ma siłę pociągnąć powóz. Konie padają z wycieńczenia i przemęczenia, gdyż na wozy ładowana jest 2 krotnie większa liczba osób (hajs się musi zgadzać), a praca w tak trudnych warunkach, codziennie, bez odpoczynku jest tyranią. Konie które są za wolne, zbyt leniwe, bezsilne – sprzedawane są do rzeźni, jak wadliwy towar, który nie generuje biznesu.

Głośno było o „upijaniu” koni, dolewaniu wódki do wody, by je pobudzić do działania. to niesamowite, że prawo polskie pozwala na tego typu biznes, gdzie prawa zwierząt zostały zadeptane i wyrzucone do koszta.

Co możesz zrobić? Alternatywa

Trasa nad Morskie Oko to 10 km, przeszłam ten kawałek mając 6 lat i serio miałam ochotę na więcej. Nie korzystajcie z tego typu atrakcji. Nie tłumaczcie sobie, że Koń musi zarabiać na życie, bo uwierzcie mi to nie jest praca tylko tyrania. Jeśli chcecie pojeździć na koniu, pójdźcie do sprawdzonej stajni umówcie się na lekcję, gdzie instruktor pokaże Wam, jak dbać o konia, jak z nim postępować.

Świadome podróżowanie

Mamy nadzieję, że te 12 grzechów, które przedstawiliśmy trochę skłoni do przemyśleń, dla nas jako autorów największym sukcesem będzie, jeśli ktokolwiek z Was odpuści wyżej wymienione atrakcje i pomyśli, o alternatywach. One nie są wcale gorsze, a gwarantujemy, że za kilka lat kac moralny nie będzie Was męczyć 😉

(Visited 1 785 times, 1 visits today)